„Konkurs na żonę” – Recenzja przedpremierowa

konkurs_na_zone


Idiota, głupek i do tego hipokryta. Taki wydaje się na pierwszy rzut oka Hugo Hajdukiewicz. Co gorsza, na drugi, trzeci, a nawet czwarty rzut oka nic się nie zmienia. Hugo nadal zachowuje się jak palant, któremu wydaje się, że jest sprytnym, panującym nad wszystkim facetem. Początkowo Łucja też nie jest lepsza, wgapiając się w Niego jak w obrazek i przyjmując wszystko co mówi jak gąbka wodę. No, ale nawet gąbka ma swoje granice 😉 Na szczęście autorka znana mi już z „Anatomii Uległości”, przyzwyczaiła mnie do złożoności charakterów swoich bohaterów. Rozsiadłam się więc spokojnie w fotelu i dałam się pochłonąć lekturze, ciekawa, czym zaskoczy mnie tym razem.

Nie pomyliłam się, bo zaskoczyła mnie, i to kilka razy. Najbardziej momentem, w którym się kończy pierwsza część – za co serdecznie Jej nie lubię 😛 Bo teraz siedzę i się zastanawiam kiedy owa druga – i mam nadzieję, że ostatnia, bo na trzecią naprawdę, naprawdę nie chcę znów musieć czekać – część ma premierę.

Hugo to można by powiedzieć, wyrachowany młody człowiek, który zrobi wszystko aby dostać spadek po wuju. A, że to wszystko oznacza ożenek i dziecko do 30-tych urodzin, to, no coż – trzeba znaleźć pannę, najlepiej młodą, ładną, cichą, naiwną, religijną.. do tego będącą dziwicą i stroniącą od wszelkich używek. Mało wymagań ma ten nasz główny bohater, prawda? Szczególnie, że nie zamierza owej panny obdarzyć uczuciem, a jedynie troską i opiekuńczością. Aby się to udało wprowadza w życie plan „Żona”. Dzięki niemu spotyka na swej drodze Łucję – młodziutką, optymistyczną, i trochę naiwną studentkę. Trochę, bo jednak Łucja mimo całej swojej optymistycznej wiary w drugiego człowieka potrafi dość mocno trzymać się swojego zdania i, co później odkrywa Hugo – z początkowo niechętnym podziwem – nie daje sobie wejść na głowę. Ponieważ jakimś dziwnym zrządzeniem losu osóbka ta ma wszystkie cechy „żony doskonałej” – no, może oprócz pochodzenia i bycia „cichą” – Hugo szybko przystępuje do dzieła i już po kilku dniach dziewczę jest po uszy zakochane. Do tego wszystkiego dochodzi bardzo szybko nieplanowana ciąża, która dla Hugona, – choć nie daje tego po sobie poznać – jest jak najbardziej pozytywnym aspektem całej tej farsy. Co prawda dziewczynie co jakiś czas zapalają się jakieś ostrzegawcze lampki w głowie, jednak Hugo, mający gotową odpowiedź na każde, nawet najbardziej niewygodne pytanie szybko usypia czujność Łucji. Niestety, jak to zwykle bywa, kłamstwa mają krótkie nogi.. A Łucja, choć zakochana po uszy, swój rozum ma i nawet jej wiara w Hugona i jego słowa ma swoje granice. Szczególnie, że sama stwierdza, że nijak do siebie nie pasują.

„I znów. Cisza jak w grobie. Cholera jasna! – Normalny człowiek to by coś dodał? Gdzie dokładnie, w jakim mieszkaniu, dlaczego sama i tak dalej?! Przecież nie mogę go tak wiecznie ciągnąć za język! No co za mruk!”

Hugo mnie wkurzał. Od początku zachowywał się jak debil i tak mu zostało do połowy książki. Bo On chce tak, bo On chce siak.. Nie rób tego nie rób tamtego.. I ta zimna, nieczuła powierzchowność, która – jak zauwazyła Łucja – znika tylko gdy są w łóżku. No, ale dzięki temu bardziej doceniłam subtelne kruszenie się jego warstwy ochronnej, gdy Łucja stopniowo docierała do jego wnętrza, wypełniając je ciepłem i radością. Między innymi radość z posklejanego przez Łucję z pudełek po lekach „biurowca” – która ogarnęła naszego zimnego „drania” (no, chyba zaczął topnieć) – odczułam dość personalnie. W pewnym momecie stwierdziłam, że Hugo się boi. Boi się wpuścić kogoś do swego serca, ba, nawet do okolic przepony 😛 – co skutkuje takim, a nie innym zachowaniem i przy okazji wkurzaniem czytelnika. W końcu o wiele łatwiej kalkulować wszystko na zimno, prawda?

„Wypożyczyli łyżwy, on zasugerował, że może powinna jeszcze założyć ochraniacze na kolana, ale odmówiła. I zaczęło się…

Już po trzech minutach Hugo wiedział, że środowe proroctwa Solińskiego o możliwych wypadkach i upadkach oraz macankach w przypadku Łucji się nie sprawdzą. Ta mała jeździła świetnie, znacznie lepiej niż on.”

Łucja – miła, sympatyczna, potrafiąca paplać naokrągło studentka. Wesoła, z swego rodzaju ADHD, widząca wszędzie dobro, patrząca na życie przez różowe okulary. Choć początkowo też mnie trochę męczyła, szczególnie tym wiecznym wgapaniem się wielkimi oczami w Hugona – bardzo przypadła mi do gustu. Może dlatego, że też lubię „paplać”. A może dlatego, że wydaje się taka zwyczajna, taka rzeczywista. I ta jej wieczna radość, która aż z niej emanuje – pozytywne nastawienie do życia pełną gębą po prostu.

„- Co robisz? – Hugo z zainteresowaniem popatrzył na nią, gdy wyjęła z saszetki jakąś tajemniczą tubkę.

– Jestem mumią egipską, będę balsamować zwłoki – warknęła.”

Jak na dobrą historię miłosną przystało, historia ta ma całkiem sporo niespodziewanych zwrotów akcji – raz powieść zaskoczyła mnie na tyle, że nawet zabrałam ją do wanny, żeby tylko móc czytać dalej. Poza wątkiem głównym, powieść ma wiele ciekawych wątków pobocznych, które póki co, są niedokończone. Choćby nieznany ojciec Hugona, który pojawia się w najmniej spodziewanym momencie, czy wcześniejsze perypetie życiowe bohatera, które, prawie nieznane, mają widoczny wpływ na to jaki jest obecnie. Napisana lekko, z rozmachem, pełna genialnego humoru i czasem „rozwalających” system dialogów – nie tylko między Hugonem a Łucją, ale też między Hugonem, a jego przyjacielem Adamem, których, niestety w drugiej częsci książki nie było już prawie w ogóle. Do tej powieści się siada, czyta galopem od deski do deski i wkurza się że nie ma obok części drugiej.

„- Nie zorientuje się. – Adam podniósł się z krzesła, rozlał resztkę wina i podał kieliszek przyjacielowi.

– I tu cię zaskoczę. Może i ona jest naiwniutka, ale bystra, i tylko czasami palnie coś od rzeczy.

– Mówisz, że sieć neuroprzekaźników panny Łucji jeszcze się rozwija? U mnie tylko regres. Pewnie przez alkohol. – Sola dopił ostatni łyk.”

Jeżeli cos mi w tej powieści faktycznie nie pasowało to było to… imię głównego bohatera. No po prostu nie mogłam przeboleć tego „Hugo” – który kojarzył mi się tylko i wyłącznie z małym stworkiem z gry telewizyjnej z mojego dzieciństwa, albo od biedy z jakimś małym, ciamajdowatym chłopcem.

Rzecz która mnie trochę przeraziła w książce – zwrot „pociągła nosem” zamiast „pociągnęła nosem” na stronie 79… Nie wiem czy to był planowany zabieg autorki – bo Łucja jest ze wsi – ale raczej wątpię, bo jej postać była kreowana na może i naiwną w swej dobroci ale za to wykształconą i mądrą dziewczynę. Więc chyba wkradł się tu błąd 😉

Jak dla mnie 7,5/10

Ilość stron: 303

Ocena na lubimyczytać.pl : 7,85/10

Za możliwość przeczytania i przedpremierowego zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Książnica – www.publicat.pl

Dobrze się czytało? Może polubisz też to:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *